Raport pod redakcją prof. Jerzego Hausnera i prof. Cezarego Obrachta – Prondzyńskiego z zespołem
W moim otoczeniu firmowym, to znaczy pracowników i akcjonariuszy Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy, a właściwie w otoczeniu osobowym w ogóle, 24 lutego 2022 r. podziałał jak wybuch.
Wybuch energii społecznej, wybuch troski o los Ukraińców, ale też wybuch wzajemnej serdeczności i życzliwości wśród pomagających. Nie pamiętam już z czyjej inicjatywy (ale powszechnie przyjętej) postanowiliśmy nazywać przybywających do Warszawy – Gośćmi. Nie uchodźcami, nie uciekinierami, nie emigrantami, ale właśnie Gośćmi. Czy dlatego, że wszystkie inne określenia zostały zohydzone, albo przynajmniej mocno umorusane w mediach? Ten odruch semantyczny pomógł nam zresztą później w lepszym zrozumieniu fenomenu pomocy w pierwszych miesiącach wojny pełnoskalowej.
Bez zwłoki Firma postanowiła przeznaczyć dwa posiadane lokale biurowe oraz dwa pokoje w prowadzonym pensjonacie na potrzeby przyjęcia Gości. W pierwszych dniach inwazji zapowiadała się apokalipsa, więc rozpoczęliśmy także przygotowania do przeznaczenia jednego piętra w budynku historycznego Domu Towarowego. Bardzo kłopotliwe technicznie, z czasem po otwarciu Torwaru i kilku innych miejsc zbiorowego zakwaterowania okazało się to zbędne. Tymczasem w lokalach biurowych wrzała praca: dozorca zawieszał firanki, hydraulik słał łóżka, ktoś sortował znoszone w wielkich ilościach ubrania, wąską klatką schodową taszczono meble, lodówki, kuchenki itp. Chociaż dyżurowałem przy telefonie i na kartkach spisywałem napływające deklaracje pomocy, to zachodziłem do przygotowywanych pomieszczeń i chwilami nie wiedziałem gdzie właściwie jestem: na miejscu kręciły się nie tylko osoby z naszej Firmy, ale także z firm współpracujących, a prace trwały praktycznie do północy. W ciągu kilku dni mogliśmy przyjąć 20 osób w niezłych warunkach. Dzięki rotacji przewinęło się ok 35 osób, ostatnie zostały z nami do maja 2023.
Żeby nie tragedia naszych ukraińskich Gości, to można by nazywać ten okres wspaniałym, krzepiącym, wyjątkowym. Osobiście miałem skojarzenie przede wszystkim z „karnawałem” Solidarności: masowość, wybuchowe wręcz wyzwolenie energii, skutkujące dziesiątkami nowych inicjatyw, poczucie serdecznego porozumienia z innymi, fakt że przez pewien czas wszyscy staliśmy się trochę lepsi.
Początkowy „wybuch” zainicjował dalsze „iskrzenie”, które z kolei pociągało za sobą wiele kolejnych inicjatyw proukraińskich. W naszej Firmie oznaczało to wspólne z Gośćmi spędzenie Świąt Wielkanocnych, wystawy ukraińskich artystów w przestrzeniach Domu Towarowego, czy koncert zespołu ukraińskich dziewcząt w pierwszą rocznicę inwazji. Dla mnie osobiście największym przeżyciem był udział w podjęciu 20 ukraińskich weteranów i inwalidów, w tym 6 kobiet (podobne proporcje są w całym ukraińskim wojsku i podległych mu instytucjach). 10-cio dniowy pobyt zaczął się od pobytu w Ciechocinku, i tam spotkań z lokalnymi samorządowcami, biznesmenami i strażakami-ochotnikami, a zakończył w Warszawie wykładami, spotkaniami z politykami, i na koniec kilkugodzinnym spotkaniem z Prezydentem Komorowskim.
W trakcie tych pamiętnych dni i tygodni wielokrotnie stawialiśmy sobie pytanie: jak to się stało, że sytuacja na granicy z Białorusią wywoływała relatywnie słaby oddźwięk społeczny i częściej dzieliła ludzi niż jednoczyła, podczas gdy na granicy z Ukrainą od pierwszego dnia stały niekończące się kolejki pojazdów z całej Polski, odbierających Gości, a niemal każde miasto i miasteczko za punkt honoru przyjęło podjęcie jakiejś inicjatywy wspomagającej?
Bez przesądzania o prawdopodobieństwie hipotez, wspomnę o dwóch, które próbują odpowiedzieć na to pytanie, i które miały najwięcej zwolenników. Pierwsza to bliskość, zrozumiałość, czytelność ukraińskiej tragedii. Życie w piwnicach czy schronach, walący się pod bombami dom, żołdactwo gwałcące kogo popadnie, to wszystko są doświadczenia żywe w najnowszej historii ogromnej części polskich rodzin, łatwe do wyobrażenia i obudzenia współczucia. Mimo upływu 78 lat od zakończenia II Wojny, „wszystko wygląda tak samo jak było wtedy”, jak wyraził to jeden z dyskutantów, łatwo się z tym identyfikować. Tymczasem głód w Afryce, czy nawet prześladowania części ludności przez talibów wydają się odległe i niełatwe do wyobrażenia, a co za tym idzie do identyfikowania się, przynajmniej na skalę masową. Druga hipoteza mówi o reakcji na propagandę, niedopuszczającą pomocy na granicy białoruskiej. Ci, którzy dławili w sobie poczucie dyskomfortu z powodu sytuacji na granicy białoruskiej, zaangażowali się w pomoc Ukraińcom jako formę reakcji. Zwłaszcza, że przez pewien początkowy czas rząd nie zajmował stanowiska w tej sprawie, a później głosił zaangażowanie w pomoc.
Tak czy owak, wobec mizernych nadziei na koniec wojny, najtrudniejsze – podtrzymywanie społecznej energii w pomocy Ukrainie – jeszcze przed nami.
Jan Jabłkowski






